Dzieciństwo w PRL

Lata dzieciństwa zawsze budzą w każdym pozytywne emocje, niezależnie od czasów, w których się żyło. W końcu związane one były z beztroską, która mijała wraz z wiekiem. Jakie było dzieciństwo w okresie PRL-u? Czy znacząco różniło się ono od tego, które jest normą dziś?

Wielu z nas, którzy spędzali swoje dzieciństwo w czasach Polski Ludowej z pewnością zabrania swoim dzieciom robić to, co sami robili. Wydaje się nam to zbyt niebezpieczne, a już na pewno niezbyt na miejscu. To prawda, mnóstwo z tych rzeczy, które niegdyś uchodziły za normalne, dziś jest nie do przyjęcia. Warto może jednak spojrzeć na to z przymrużeniem oka i powspominać, by zacząć z dystansem podchodzić zarówno do minionych czasów, jak i do dzisiejszych.

Zdarte kolana i beztroskie bieganie poza domem przez cały dzień

Życie dziecka z czasów PRL-u było czymś na kształt życia włóczęgi. Bo jak inaczej nazwać całodniowe bieganie po okolicy, często nawet bez zaglądania do domu? Zdarzało się, że dzieciaki całymi zgrajami organizowały sobie dalekie, piesze bądź rowerowe wycieczki. Czasem bez celu, czasem po coś konkretnego, jak na przykład bukiet kwiatów czy ulubione owoce. Jedni brali ze sobą kanapki, inni zaś zaspakajali się znalezionym bądź „pożyczonym” z czyjegoś sadu jabłkiem. Powrót do domu był niczym najazd dzikich ludów – brudne od stóp do głów dzieciaki wbiegały głodne i zmęczone do domu, ale dumne, że nie dały się przyłapać sąsiadowi na zrywaniu mirabelek z jego drzewa. 

Każde drzewo, każdy płot i wszystkie strumyki były poznane dogłębnie i nie skrywały żadnych tajemnic. A że czasem trzeba było poświęcić parę spodni, no cóż… Tylko jakoś rodzice byli mniej zadowoleni, dlatego powroty kończyły się często – w najlepszym wypadku – niemałą awanturą. Niemniej jednak żaden z rodziców nie miał problemu z tym, by wypuścić swoje dziecko na cały dzień z kluczem uwieszonym przy szyi. Teraz wydaje się to być nie do pomyślenia, by zostawić pociechę bez opieki choćby na godzinę.

A w zakamarkach piwnic…

Piwnice były dla dzieci czymś na kształt bezpiecznej bazy. To tam chowano się niejednokrotnie przed dorosłymi, by przez wiele godzin grać w butelkę lub badać to, co znalazło się gdzieś na ulicy. Tworzenie bączków z saletry i cukru, podpalanie ich i obserwowanie, jak kręcą się w kółko i strzelają – brzmi jak scena z filmowego poradnika o tym, jak nie wychowywać dziecka. A jednak, wszystko to miało miejsce naprawdę i jakoś nikomu nie wydawało się to być skrajnie niebezpieczne. Graffiti, które powstawało w wyniku pisania kredą czy cegłą po ścianach zdobiło mury piwnic. Przesadnie beztroskie zabawy, o których nie wiedzieli rodzice były zdecydowanie najciekawsze.

Czymże była nuda?

Dzieciaki tamtych czasów nie znały pojęcia „nudy”. Teraz, kiedy najmłodsi mają pod ręką wszystko, czego dusza zapragnie i otoczeni są przez wszelkie urządzenia, najczęściej można usłyszeć: mamo, nie mam co robić. Kiedyś było to wręcz niewyobrażalne. Każde dziecko miało głowę pełną pomysłów, a w zabawie nic nie było granicą. Każdy przedmiot mógł być zabawką, choć czasem może i nie powinien był. Największą karą był wówczas zakaz wyjścia na podwórko, a teraz, o zgrozo, jest nią nakaz wyjścia z domu. 

Na podwórku zawsze znalazło się coś do roboty. Rysowanie kawałkiem cegły po chodnikach z pewnością należało do tych ambitniejszych, w których gustowały co spokojniejsze dzieci. Inne wolały biegać po płotach albo bawić się w ganianego, chowanego, kluchy, ciuciubabkę czy w sznura. Doskonałą zabawką były znalezione przy drodze kapsle. Zniszczone, skrzypiące huśtawki i karuzele dziś nadawałyby się tylko do zgłoszenia administracji w celu wyeliminowania niebezpieczeństwa, a wtedy były one atrakcją, która ani trochę nie wydawała się stanowić ryzyka. Świetną rozrywką była zabawa w sklep, w którym sprzedawało się znalezione owoce, kamienie czy zupy z trawy. Oczywiście obowiązywała płatność gotówką, a jedyną przyjmowaną walutą były liście. 

Kiedy brak telefonów nie był żadnym ograniczeniem

Obecnie nie tylko wszyscy dorośli używają telefonów, ale także każde dziecko posiada i sprawnie obsługuje smartfona, bez którego nie wyobraża sobie życia. Za czasów Polski Ludowej nie było tego luksusu, ale też nie wydawało się, aby był on komuś potrzebny. Dzieciaki kontaktowały się ze sobą zwykle przez okna albo po prostu wbiegając do domów i zapraszając do wspólnej zabawy. Kiedy trzeba było poprosić o coś mamę będąc poza domem, wystarczyło stanąć pod domem czy blokiem i odpowiednio głośno krzyczeć, a mamy rzucały kanapki, oczywiście uprzednio sprawdzając, czyje dziecko woła. O wodę się nie prosiło. Wodę popijało się ze strumyków, w końcu kto miał czas na to, żeby specjalnie biegać po to do domu. 

Trzepak jako główne centrum dowodzenia

Tym, czego nie mogło zabraknąć na żadnym podwórku był oczywiście trzepak. To tam odbywały się wszystkie najważniejsze rozmowy i plany na dalszą część dnia. Poza tym było to miejsce najbardziej wyszukanych akrobacji i konkursów. Nieopodal trzepaka zwykle znajdowała się jakaś piaskownica. Wszędzie było co robić.

To tylko część elementów życia dzieci w czasach PRL-u. Wszystko to wywołuje nawrót miłych wspomnień i pewną konsternację, jak to możliwe, że kiedyś coś takiego było normą, a dziś mogłoby co najwyżej spowodować wizytę opieki społecznej. Niezależnie od tego, jakie jest nasze podejście do tamtego okresu, jedno jest pewne – takie dzieciństwo nie przytrafi się już prawdopodobnie żadnemu pokoleniu.